Z wiecznie zielonej Amazonii mieliśmy kierować się prosto do królestwa zwierząt - Pantanalu w stanie Matto Grosso. Dowiedzieliśmy się jednak, że 60 km na północny wschód od Cuiaby, przez którą mieliśmy podróżować znajduje się kraina zwana brazylijskim Canyonlands. To wystarczyło nam za rekomendację. Kilka lat wcześniej mieliśmy okazję odwiedzenia amerykańskiego oryginału, który zrobił na nas wielkie wrażenie. Dlatego bez chwili namysłu, postanowiliśmy, że pojedziemy również do Parque Nacional da Chapada dos Guimares...

60 km wydawało nam się śmiesznie krótkim dystansem w stosunku do kilku tysięcy kilometrów dzielących Manaus w Amazonii od Cuiaby na granicy Pantanalu. Większą część tej odległości pokonaliśmy samolotem, którym dostaliśmy się do stolicy Brazylii (o tej samej nazwie co kraj). Stamtąd czekała nas 16-godzinna podróż autobusem do Cuiaby. Na szczęście dalekobieżne autokary są w tym kraju bardzo komfortowe i mogliśmy potraktować to jako "hotel na kółkach". W Cuiabie mieliśmy być około 7.00 ale... niestety zaspaliśmy i obudziliśmy się w jakimś bliżej nieokreślonym miasteczku. Oczywiście nikt w pobliżu nie mówił po angielsku. Korzystając z umiejętności porozumiewania się w języku migowo-kalamburowym dowiedzieliśmy się, że wysiedliśmy o jeden przystanek za daleko. Sytuacja była o tyle kłopotliwa, że zostało nam tylko 5 reali w gotówce, czyli jakieś 7 złotych, gdyż pomimo usilnych starań nie udało nam się znaleźć kantoru w stolicy Brazylii, żeby wymienić dolary (a zwiedziliśmy w tym celu niemal cały sektor bankowy miasta !)
 
Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes

Na szczęście okazało się, że właściwy przystanek jest oddalony tylko o kilka kilometrów od nas. Brazylijczyk, który miał nas zawieźć do Chapała Dos Guimares był na tyle miły, że po nas przyjechał. Ciężko nam było ukryć zdziwienie, gdy zobaczyliśmy, że do kanionu pojedziemy... taksówką. Chevrolet nie miał lekkiego żywota. Kierowca jechał tak szybko po czerwonej szutrowej, niezbyt równej drodze ( fot. 1), że z trudem utrzymywaliśmy się w fotelach (najprawdopodobniej następnego dnia moglibyśmy go spotkać w jakimś warsztacie, naprawiającego zawieszenie i prostującego dach, który na dołach wgniatał się i prostował raz po raz...).

Trud jednak opłacił się. Już pierwszy punkt wycieczki - Portao do Interno (Piekielne Wrota) - robił wrażenie. A przecież głęboki na 85 metrów kanion mogliśmy zobaczyć praktycznie nie ruszając się z samochodu zaparkowanego przy drodze łączącej Cuiabę z Chapadą. Była to tylko zapowiedź tego co mieliśmy wkrótce zobaczyć...

Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes ::: wodospad Ślubny Welon Brazylia : Matto Grosso :: Chapada dos Guimaraes ::: wodospad Ślubny Welon

Widok z punktu Mirante de Geodesia faktycznie okazał się zapierający dech w piersiach ( fot. 2-10). Znajdowaliśmy się na skalistym płaskowyżu, 797 metrów n.p.m. a 150 metrów niżej rozciągała się wielka nizina Pantaneira. W miejscu tym znajduje się geograficzny środek Ameryki Południowej.
Gdy już nacieszyliśmy oczy i obiektywy rozległymi widokami wybraliśmy się na kilkukilometrową wędrówkę szlakiem wodospadów. Największe wrażenie zrobił na nas Cachoeira Veu da Noiva (Ślubny Welon) utworzony przez rzekę Coxipo, która spada z 75-metrowej skarpy ( fot. 11,12).
Zmęczeni trudem wycieczki w mocnym brazylijskim słońcu, zarzyliśmy kąpieli w nieco mniejszym, 18-metrowym wodospadzie Cachoeirinha. Był to znakomity relaks przed dalszą podróżą w głąb wielkiej niziny Pantaneiry, na której rozciąga się wspomniane wcześniej królestwo zwierząt - Pantanal.